Data: 27 czerwca 1877

Liczba objawień tego dnia: 1

Tego dnia w Gietrzwałdzie:

Dzieci zdają egzamin z katechizmu przed Pierwszą Komunią Świętą.


godz.: ok. 21:00

Objawienie: 1 z 185

Miejsce objawienia: na klonie koło kościoła

Czas trwania objawienia: kilkadziesiąt minut

27 czerwca 1877 r. po południu 48 dzieci z parafii Gietrzwałdzkiej zdawało u miejscowego proboszcza, którym był wówczas ksiądz Augustyn Weichsel, egzamin ze znajomości katechizmu, dopuszczający do Pierwszej Komunii Świętej. W gronie tych dzieci była także trzynastoletnia Augusta Justyna Szafryńska. Justyna (tym imieniem dziewczynka była przez wszystkich nazywana), choć zazwyczaj, jak to opisują źródła "mierne tylko w naukach czyniła postępy", zaliczyła ten egzamin nadspodziewanie dobrze, odpowiadała odważnie i dużo lepiej od swoich koleżanek, za co została pochwalona przez ks. proboszcza i dopuszczona do Pierwszej Komunii Świętej.

Po zakończonym egzaminie, około godziny 20:00 rozradowana swoim sukcesem Justyna wracając już do domu spotkała w Gietrzwałdzie swoją mamę, Annę Szafryńską z domu Schlonga, która mając świadomość trudności w nauce swojej córki obawiała się o wynik tego egzaminu. Gdy mama zapytała Justynę czy została dopuszczona do Komunii Świętej ta z radością w głosie odpowiedziała, że Proboszcz ją przyjmie, bo "ja tak wszystko mogłam (umiałam), żem się sama tego nie spodziewała. Pan Jezus i Najświętsza Panienka, do której się o to mocno (bardzo) modliłam, dopomogli mi". „Ksiądz proboszcz” – mówiła – „wiele się mnie pytał, ale na wszystko umiałam odpowiedzieć; jeszcze więcej byłabym umiała, gdyby mnie więcej był się pytał.

Było już blisko godziny 21:00, kiedy matka po załatwieniu w Gietrzwałdzie wszystkich swoich sprawunków pożegnała się ze swoim bratem, Mateuszem Szlongą, u którego gościła, i razem z Justyną wybierały się w drogę powrotną do domu do Nowego Młyna. O godzinie 21:00 gdy były już kilkanaście kroków za cmentarzem i przechodziły obok stodoły plebańskiej, w niedalekiej odległości od kościoła, rozległo się dzwonienie na modlitwę Anioł Pański. Matka odmawiając modlitwę szybko postępowała naprzód, a ponieważ zapadał zmierzch i dodatkowo zaczęło się chmurzyć, wezwała i Justynę do pośpiechu.

Tymczasem Justyna będąc w trakcie modlitwy zwrócona twarzą ku kościołowi odpowiedziała mamie: „Poczekajcie, matko, aż zobaczę, co to jest to białe tam na drzewie i gdzie się podzieje.”. Zniecierpliwiona tą zwłoką matka w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na jej słowa, gdy jednak Justyna nie ruszała się z miejsca, zapytała się córki, co tam zobaczyła? „Widzę,” – odpowiedziała, – „coś wielkiego, co tak wygląda, jak człowiek.” „I co tak wciąż patrzysz?” – pytała dalej matka. „Tak długo będę patrzała, aż się gdzie nie podzieje. Drzewo jest całe jasne, może się pali, albo co innego.”. Ponieważ mama Justyny nic nie widziała, zastanawiając się na tym co też córka może widzieć, przypomniała sobie zasłyszane historie o ukazywaniu się dusz zmarłych. Nie zaprzątała sobie jednak nigdy głowy takimi opowieściami i już znowu chciała wezwać Justynę, że czas iść dalej do domu.

Właśnie wtedy zbliżył się do nich ks. proboszcz Augustyn Weichsel, który wracał właśnie z wieczornej przechadzki i podchodząc zagadnął Justynę: „Pewnie się cieszysz, moje dziecko, że w przyszłą niedzielę przystąpisz do Komunii Świętej?”. Justyna jednak milczała, ale jej mama odpowiedziała, że bardzo są z tego powodu szczęśliwe i dodała z pewnym rozdrażnieniem, że córka nie chce ruszyć się z miejsca i nie chce jeszcze wracać do domu, że się ciągle w stronę klonu przy plebanii obraca twierdząc, że tam widzi wielką jasność i jakąś białą postać. Ponieważ drzewo było oddalone od miejsca w którym stali o około 200 kroków (ok. 190 metrów), a Justyna była przekonana o prawdziwości swojego widzenia, ks. proboszcz, któremu zachowanie dziewczynki wydawało się dziwne i zastanawiające, po krótkim namyśle zaprowadził ją do swojego ogrodu przy plebanii, aby Justyna mogła to swoje widzenie lepiej rozpoznać i opisać.

Gdy stanęli pod klonem w odległości około 10-ciu kroków, dziewczynka wskazała prawą ręką miejsce pomiędzy dwoma suchymi konarami drzewa i opowiedziała, że widzi piękną dziewicę w bieli z długimi, lśniącymi włosami spływającymi na plecy poza ramiona, siedzącą na złotym tronie wysadzanym perłami. Ks. proboszcz Weichsel, który po opisie Justyny podejrzewał, że może to być objawienie Przeczystej Panny, kazał dziecku uklęknąć i zmówić Zdrowaś Maryjo, po czym chciał ją odesłać do domu.

Gdy jednak Justyna skończyła odmawiać Pozdrowienie Anielskie zawołała w radosnym uniesieniu: „O, Jegomościulku! teraz jeszcze gorzej, jeszcze gorzej jasno się robi! A teraz, zstępuje dzieciątko z nieba," - anioł wysoki na około 1 metr, jak raportował ks. Weichsel - "w białym żółto połyskującym odzieniu, na piersiach spięte złotem, ze złotymi skrzydełkami i z białym wieńcem na głowie. A teraz," – dodała w pewnych odstępach, – "teraz kłania się dzieciątko Dziewicy, – teraz powstaje Dziewica i wstępuje do nieba z dzieciątkiem (aniołem) po lewej stronie, – u góry samo niebo bez obłoków.”. Następnie dziewczynka przez dłuższy czas błyszczącymi oczami wpatrywała się w górę i w końcu powiedziała: „Oto wszystko znikło i teraz tylko jasność widzę”, a po chwili dodała: „Teraz nic już nie widać”.

Całe zachowanie się tego zwykle cichego i małomównego dziecka, stanowczość i pewność, z jaką się odzywała, niezwykłe rysy twarzy, dziwny blask oczu zwykle skromnie spuszczonych, – wszystko to zrobiło wielkie wrażenie na ks. proboszczu. Mocno wzruszony odesłał przestraszone dziewczę do matki pocieszając ją: „Nie bój się, przybądź jutro o tej samej porze do ogrodu i odmów wtedy Różaniec.”

Gdy Justyna po mniej więcej dziesięciu minutach wróciła do matki, która w pewnym oddaleniu czekała na córkę i przypatrywała się wszystkiemu, zapytana przez mamę: „Co żeś tam teraz takiego widziała?” odpowiedziała: „O mateczko, bardzo piękną Pannę i była żywą. Spoglądała na mnie i na księdza proboszcza, a taka była nad nią jasność, takie jasne promienie, że wytrzymać nie mogłam; było mi od tego zupełnie ciemno przed oczyma, tak iż nic nie widziałam. Potem ogarnął mnie wielki strach; chciałam wołać, nie mogłam, chciałam uciekać, ale nie mogłam z miejsca się ruszyć, – zdawało mi się, iż nadszedł sąd ostateczny. Gdy ks. proboszcz do mnie mówił, dziwno mi było, bo sądziłam, że jestem sama z tą piękną panią i że ks. proboszcz był odszedł.

Justyna opowiadając mamie to, czego doświadczyła, była zupełnie blada i rozemocjonowana, a jej niebieskie oczy zdawały się być większe niż zwykle. Wszystko przemawiało za tym, że dziewczynkę spotkało coś nadzwyczajnego. Jej mama, która w życiu niczego podobnego nie doświadczyła, ani o podobnych doświadczeniach nie słyszała, a jednocześnie wiedziała, że jej dziecko jest zupełnie zdrowe na ciele i umyśle, i że zawsze było dalekie od wszelkiej przesady, fałszu czy obłudy, zdumiona całym zdarzeniem nie wiedziała co ma na to powiedzieć. Modląc się po cichu w milczeniu pospiesznie poszła z córką do domu.