Data: 25 lipca 1877
Liczba objawień tego dnia: 3
Tego dnia w Gietrzwałdzie:
Ks. proboszcz Weichsel po sprzecznych zeznaniach wizjonerek zwątpił w prawdziwość objawień.
godz.: rano po Mszy Św.
Objawienie: 31 z 185
Miejsce objawienia: na klonie koło kościoła
Czas trwania objawienia: ok. 10 minut
-
Widzące: Justyna Szafryńska Barbara Samulowska
-
Bezpośredni świadkowie: ks. Augustyn Weichsel (proboszcz)
25 lipca po porannej Mszy Świętej, gdy podobnie jak poprzedniego dnia Justyna i Basia z innymi dziećmi odmawiały pod klonem tajemnice radosne Różańca Świętego, Matka Boża znowu się im ukazała. Ponownie była radosna, a na pytanie dziewczynek, czy pod murowanym krzyżem można umieścić wodę oprócz płótna, odpowiedziała: "Tylko płótno".
Tego poranka ponownie zapomniano zorganizować modlitwę według nowego zarządzenia ks. proboszcza i nie wyniesiono chorągwi.
godz.: w południe ok. 12:00
Objawienie: 32 z 185
Miejsce objawienia: na klonie koło kościoła
Czas trwania objawienia: ok. 10 minut
-
Widzące: Justyna Szafryńska Barbara Samulowska
-
Bezpośredni świadkowie: ks. Augustyn Weichsel (proboszcz)
W południe 25 lipca 1877 r. podczas odmawiania tajemnic bolesnych Różańca Matka Boża kolejny raz się objawiła. Justyna i Basia w zeznaniach po objawieniu potwierdzały zgodnie, że przebieg tego objawienia był zwyczajny, jednak tego dnia w ich zeznaniach pojawiła się też pierwszy raz różnica. Justyna twierdziła, że Najświętsza Panna powiedziała do niej: "Tu mają być podczas Różańca chorągwie i krzyż” (podczas tego objawienia ponownie o tym zapomniano i zaniedbano organizacji modlitwy według zarządzenia ks. proboszcza). Natomiast Barbara oświadczyła, że widziała tym razem obok Matki Bożej krzyż i dwie chorągwie (nie mówiła o słowach Matki Bożej skierowanych do Justyny).
Zdarzenie to wywarło tak wielkie wrażenie na ks. proboszczu Weichslu, że
zwątpił on w prawdziwość zeznań wizjonerek, a tym samym prawdziwość objawień. Jako katolicki kapłan, znający naukę Kościoła odnoszącą się do takich zdarzeń, wiedział dobrze, że do podobnych sytuacji trzeba podchodzić bardzo ostrożnie i nie wolno ignorować jakichkolwiek okoliczności mogących świadczyć o oszustwie. Ks. Weichsel zinterpretował wykrytą rozbieżność w zeznaniach jako symptom takiego właśnie oszustwa. Podejrzewał, że wcześniejsze relacje dziewczynek były fałszywe, a dotychczas po prostu skuteczniej i lepiej niż tego dnia uzgadniały i przygotowywały się do relacjonowania widzeń, których w rzeczywistości nie miały. Zastanawiał się też przy tym, czy całe to oszustwo, które zaczął podejrzewać, dziewczęta wymyśliły samodzielnie, czy może wręcz ktoś trzeci je do tego zainspirował.
Zareagował na to podejrzenie bardzo stanowczo: natychmiast zakazał Justynie i Barbarze przychodzenia pod klon na modlitwę różańcową. Dodatkowo, aby ze swojej strony całą sprawę wyciszyć, przywołał do siebie niektórych pielgrzymów z różnych okolic i zalecił im, aby w jego imieniu powiadomili swoich duchownych, żeby Ci zakazali swoim parafianom pielgrzymować do Gietrzwałdu. Tak też się stało w różnych miejscach diecezji, gdzie to zalecenie dotarło. Ks. Weichsel miał jednocześnie nadzieję i wiarę, że jeśli to naprawdę jest objawienie Matki Bożej, to znajdzie ona sposób, aby cała prawda o tych objawieniach wyszła na jaw.
To zarządzenie ks. proboszcza wywołało wielki niepokój i smutek wszystkich osób obecnych i modlących się podczas objawień, a najbardziej dotknęło parafian. Mimo, że parafianie gietrzwałdzcy na samym początku powątpiewali w prawdziwość objawień, albo co najmniej powstrzymywali się od jednoznacznej opinii, to jednak po kilkutygodniowych doswiadczeniach nabrali przekonania, że są to prawdziwie nadprzyrodzone wydarzenia. Sami nie widzieli wprawdzie objawiającej się Matki Bożej, ale widzieli tego odblask w szeroko otwartych oczach i jaśniejących twarzach wizjonerek. Oprócz tego znali Justynę i Basię, jako skromne, pobożne, miłujące prawdę dziewczęta. Znali rodziców jako ludzi poczciwych i bogobojnych, i nie mogli wyobrazić sobie ani okoliczności ani osób, które mogłyby nakłonić dzieci do tak obrzydliwego oszustwa, jakie zaczął podejrzewać ks. Weichsel.
Jeszcze tego samego dnia przyszedł do ks. proboszcza zamożny i poważany obywatel z Woryt p. Józef Gross, członek dozoru kościelnego (rady parafialnej), i opowiadał, jaki smutek zapanował w rodzinie Samulowskich po tym jak tą niespodziewaną wiadomość przyniosła do domu Barbara. Zapewniał przy tym, że wraz ze wszystkimi znajomymi jest zupełnie przeświadczony o prawdomówności dziecka i zaofiarował się przyjąć Barbarę do swojego domu i tam starannie ją dozorować. Zobowiązał się też, że dopilnuje razem ze swoją żoną, żeby dziewczynki nawet podczas objawień nie miały ze sobą żadnego kontaktu.
Tego popołudnia także jeden z najbogatszych i najbardziej szanowanych właścicieli gietrzwałdzkich (zbiegiem okoliczności także nazywał się Józef Gross, ale była to inna osoba niż ten z Woryt) wstawił się u ks. proboszcza za Justyną Szafryńską. Ponieważ Justyna po swojej Pierwszej Komunii Św. opuściła dom rodzinny i przebywała razem ze swoją starszą siostrą u Grossa na służbie, ona również mogła być tam łatwo dozorowana.
Parafianie gietrzwałdzcy zwrócili także uwagę na to, że oświadczenia dziewczynek brzmiały wprawdzie inaczej, ale jednak nie zawierały w sobie istotnej sprzeczności.
godz.: ok. 21:00
Objawienie: 33 z 185
Miejsce objawienia: na klonie koło kościoła
Czas trwania objawienia: ok. 10 minut
-
Widzące: Justyna Szafryńska
-
Bezpośredni świadkowie: ks. Augustyn Weichsel (proboszcz)
Podczas wieczornego odmawiania tajemnic chwalebnych Różańca Świętego obowiązywał już Justynę i Barbarę zakaz uczestniczenia w tej modlitwie nałożony przez ks. proboszcza. Basia, smutna i niepocieszona, lecz posłuszna temu rozkazowi, została z rodzicami w domu. Justyna jednak, mimo zakazu, przyszła na wieczorną modlitwę różańcową, z tym, że modliła się nie na swoim zwykłym miejscu pod klonem, tylko na uboczu, ukryta za płotem, mając nadzieję, że w ten sposób nie okaże nieposłuszeństwa zarządzeniu ks. proboszcza.
Z tamtego miejsca, w trakcie odmawiania tajemnic chwalebnych Różańca, zobaczyła jak zwykle Matkę Bożą, która ukazała się jej na stałym miejscu pomiędzy konarami klonu. Niepokalanie Poczęta znowu była bardzo zasmucona i powiedziała do Justyny: "Ludzie teraz jeszcze mniej wierzyć będą i większe przyjdą na was prześladowania, ale to dla waszego dobra". Wkrótce po tym dodała: „Barbara Samulowska ma powiedzieć, co widziała”. Gdy objawienie się zakończyło Justyna poszła na plebanię i wszystko zeznała ks. proboszczowi.
Ks. Weichsel wziął pod uwagę zeznania Justyny oraz naleganie parafian, którzy zobowiązali się dopilnować, żeby wizjonerki odtąd nie miały ze sobą kontaktu. Ostatecznie zmienił zdanie i zgodził się ponownie, żeby Justyna i Barbara uczestniczyły w codziennym odmawianiu Różańca i klęczały na zwykłym swoim miejscu pod klonem.
Widzenia córek Antoniego Grunwalda z Wolnicy
Tego wieczoru, razem z innymi pielgrzymami, klęczały na cmentarzu także dwie siostry, Magdalena (19 lat) i Maria (16 lat), córki właściciela Antoniego Grunwalda - szanowanego i cieszącego się dobrą sławą mieszkańca wsi Freimarkt (Wolnica). Złożyły one u ks. proboszcza zeznanie (gotowe były nawet oświadczyć to pod przysięgą), że ku największemu swemu przerażeniu ujrzały podczas modlitwy różańcowej na stałym miejscu objawień Dziewicę z jaśniejącą koroną liliową na głowie, ubraną w różową promienistą szatę, stojącą na kwiatach, i z obu stron aż do wysokości ramion otoczoną kwiatami. Uznały tą objawioną postać za Matkę Bożą, ponieważ na lewym ręku trzymała dziecko z kwiatami na główce.
Obie siostry uczestniczyły w modlitwie różańcowej w Gietrzwałdzie łącznie 12 razy i opowiadały, że później jeszcze cztery razy miały takie widzenie, ale tylko częściowe, jakby osłonięte obłokiem i nigdy już więcej tak wyraźne jak tego wieczoru 25 lipca.